Ten uśmiech zadziałał jak promień słońca przedzierają¬cy się przez czarne chmury. Wszystko wydało się nagle mniej ponure, pojawiła się nadzieja na lepsze chwile w jej życiu. - Słucham? mówiłabyś do mnie, ja jednak bym cię słyszał. Na Ziemi sądzą, że gdy umrzesz, to cię w ogóle nie ma, ale tak nie Przylot wędrownych ptaków na planetę Małego Księcia nie był czymś wyjątkowym. Ale też nie były to jakieś Mark aż drgnął, słysząc dobiegający jakby z nieba głos. Tammy zamknęła walizkę, wzięła od Kylie list i wrzu¬ciła go do plecaka. - Wyjdź stąd - zażądała, niemal dławiąc się ze złości. odjechał, gdy tylko zdołał uruchomić silnik. W ciemnościach ryk motoru zabrzmiał ogłuszająco. Beck pomógł się podnieść przyjacielowi i poprowadził go do samochodu. - Uważaj, gdzie stawiasz stopy. Stoimy na brzegu nasypu. Dobrze się czujesz? Chris pokiwał głową. - Tak, dobrze - wymruczał. Spojrzał na swoje ramię. - Ten kutas mnie zranił. - Zadzwoniłem po pomoc. - Beck usadowił Chrisa i sięgnął po telefon. - Cholera! Wciąż oczekuję na połączenie! - Wszystko w porządku, Beck. To tylko powierzchowna rana. Beck spojrzał na ramię, które pokazał mu Chris. Od bicepsa aż do nadgarstka ciągnęło się długie cięcie. Nie wydawało się zbyt głębokie, ale wokół panowały ciemności, a w pobliżu nie było żadnych lamp, przy których mogliby lepiej się temu przyjrzeć. Rana mogła być poważniejsza, niż się im zdawało. - Nie wiesz, do czego Klaps używał tego noża. - Zawieź mnie do doktora Caroe. Da mi jakiś antybiotyk. Chris nie chciał słyszeć o zabraniu go na pogotowie. Beck przestał nalegać i zadzwonił do Rudego Harpera. Szeryfa nie było w biurze, ale dyżurny zapisał całą informację. - Powiedz Rudemu, że jesteśmy w drodze do domu doktora Caroe. Zanim Beck skończył rozmawiać z policjantem, już niemal dojechali do schludnego domku z cegieł, w którym mieszkał lekarz rodziny Hoyle'ów. Doktor otworzył im, ubrany w piżamę. Powiedział, że właśnie usadowił się przed telewizorem, mając w planach wieczór z HBO. Jak wszystkie jego ubrania, piżama również była dla niego o kilka numerów za duża, co sprawiało, że wyglądał jak gnom. Poprowadził ich mrocznym, wąskim korytarzem do pokoju na tyłach domu. Pomieszczenie to zostało przekształcone na gabinet. - To jeszcze z czasów, gdy ojciec był lekarzem - wyjaśnił Beckowi. - Ponad pięćdziesiąt lat pracy. Kiedy przeniosłem praktykę na Lafayette Street i odnowiłem dom, postanowiłem zatrzymać gabinet, na wszelki wypadek. Zgodził się z Chrisem, że rana, choć szpetna, nie była na tyle głęboka, aby wymagała szwów. Oczyścił ją płynem antyseptycznym, tak szczypiącym, że Chrisowi stanęły łzy w oczach, a następnie opatrzył gazą i bandażem, - Teraz dam ci zastrzyk z antybiotyku. Ściągaj spodnie. Po iniekcji, zapinając spodnie, Chris spytał: - Czy wszyscy zgadzamy się co do tego, że Huff nie powinien się o tym dowiedzieć? - Dlaczego nie? - zapytał Caroe, wrzucając strzykawkę do wiszącego na ścianie pojemnika na odpadki biologiczne. - Wiadomość o tym, że jego jedyny pozostały przy życiu syn otrzymał pchnięcie nożem, niezbyt dobrze wpłynie na jego serce. Caroe spojrzał na Chrisa z wyrazem niezrozumienia na twarzy, a potem rzucił: - Ach, tak, oczywiście. Dobre myślenie. To zbyt szybko po jego zawale. - I tak się o wszystkim dowie od Rudego - powiedział Beck. - Jeśli mu nie powiemy, wścieknie się i jego ciśnienie i tak pójdzie w górę. - Zapewne masz rację - zgodził się Chris. - W takim razie wstrzymajmy się z tym przynajmniej do jutra. Powiem mu o wszystkim przy śniadaniu. Może do tego czasu Watkins znajdzie się już w więzieniu i Huff nie zdenerwuje się aż tak bardzo. Szeryf Harper pojawił się w domu doktora, gdy Beck i Chris już wychodzili. - Wysłaliśmy wozom patrolowym namiary na motocykl Watkinsa - powiedział, wysiadając z samochodu i podchodząc do nich. - Oficerowie sprawdzają wszystkie drogi w pobliżu miejsca - Chodźmy na kolację - zaproponował Mark, ucinając dalszą dyskusję, i podał jej ramię. Stary kamerdyner wahał się przez chwilę. Nie powinien był wdawać się w taką rozmowę, ale mogła od tego zależeć przyszłość całego kraju. I szczęście tej dziewczyny, która mieszkała w zamku zaledwie od kilku dni, a którą wszyscy zdążyli polubić. Wniosła tu życie i radość. I być może była ich ostatnią szansą... Trudno, w tej sytuacji odstąpi od swo-ich zasad i pozwoli sobie na niedyskrecję. Chciałam ukarać Huffa za to, że odebrał mi Clarka i moje dziecko. Nie obchodziło mnie dłużej moje życie, ważne było tylko to, żeby go zranić. Kiedy kazał mi wyjść za mąż, zrobiłam to wyłącznie, by zrujnować moje małżeństwo tak, żeby Huff na tym ucierpiał. Ci dwaj mężczyźni padli ofiarą niesławnych Hoyle'ów i naszego talentu do niszczenia życia. - Nie mam ani krzty współczucia do twoich tak zwanych małżonków. Ożenili się z tobą, wiedząc, że ich nie kochasz. Dopraszali się o to, abyś ich wykorzystała. W zamian za swoje poświęcenie mogli z tobą sypiać. Ile miałaś wtedy lat? - Za pierwszym razem dziewiętnaście. Poślubiając drugiego z nich, skończyłam dwadzieścia jeden. - A oni? W jakim byli wieku? - Starsi. O wiele starsi. Bardziej w wieku Huffa niż moim. Dwaj napaleni znajomkowie Huffa potrafili wyczuć czekające ich przyjemności. Chwycili się szansy na poślubienie Sayre, nawet ze świadomością, że najprawdopodobniej ich związek z nią nie potrwa długo. - Mogli spędzać każdą noc z piękną, młodą kobietą. Chyba że nie... - Tak. Chciałabym móc ci powiedzieć, że tego z nimi nie robiłam - rzekła tak cicho, że ledwie ją usłyszał. - Ale dostęp do mojego ciała był częścią kontraktu. - W takim razie wykorzystywano cię, prawda? Oparła czoło na kolanach. - Niezbyt piękna przeszłość, co? Nie zważając na przeszywający ból w klatce piersiowej, usiadł i otoczył ją ramieniem. Potem pociągnął ją w dół, układając na poduszce obok siebie. Odgarnął włosy z twarzy i zmusił, żeby na niego spojrzała. - Czy ktokolwiek mógłby cię winić za to, co zrobiłaś po tym, co ci się przytrafiło? - Wczoraj w nocy podsłuchałeś moją rozmowę z Huffem. Słyszałeś wszystko? - Wystarczająco dużo, by zrozumieć, dlaczego tak nienawidzisz ojca. Sayre wtuliła twarz w jego szyję. - To, co się stało, było bardzo dobrze strzeżoną tajemnicą. Nawet moi bracia nic o tym nie wiedzieli. Ani Selma. Nikt. Nie mogłam o tym z nikim porozmawiać, podzielić się swoim bólem. - Clark? - Nigdy się nie dowiedział, że byłam w ciąży. Popełniłam błąd, mówiąc o tym Huffowi, zanim porozmawiałam z nim. A po aborcji co mogłam zyskać, mówiąc mu o tym? Dziecka już nie było. Gdyby się dowiedział, poczułby się jedynie tak samo okropnie, jak ja. - Kochałaś go za bardzo, żeby mu powiedzieć. - Coś w tym stylu. Nadal jest mi bardzo drogi. Zawsze będę wspominała nasz związek bardzo czule. Moja pierwsza miłość. Cierpię jednak... - przerwała na dłuższą chwilę, zanim podjęła wątek. - Cierpię jednak z powodu dziecka. Była to jedyna niewinna istota w moim życiu, w świecie rodziny Hoyle'ów. Czysta, nietknięta. A Huff ją zniszczył. Chwytając ją lekko za brodę, Beck przekręcił jej głowę, scałowując łzy, które potoczyły się po skroni w stronę linii włosów. - Nie zniosę twojej litości - powiedziała chropawym głosem. - W porządku. Zatem ty ulituj się nade mną. Chwycił jej dłoń i zamknął wokół swojego penisa. Całując ją, prowadził jej rękę, aż Sayre zmieniła pozycję. Wycałowała jego sińce na klatce piersiowej, brzuchu i niżej. - To była jedna z twoich fantazji, prawda, Beck? - spytała. - Tamtego dnia, w odlewni, kiedy Wyszedł z Henrym na dwór, starał się jednak trzymać jak najdalej od zagajnika. Spacerował z malcem na rękach nad jeziorem i ku swemu własnemu zdziwieniu mówił do niego tak, jakby niemowlę mogło go zrozumieć: - A czy już nie tęsknimy?... - westchnęła Róża wtulając się w dłonie Małego Księcia. - No, wraca do Renouys, a mnie zostawia samą na go¬spodarstwie. O, jak widzę, pani też uważa to za zły pomysł. Proszę więc przekonać księcia, dobrze? - Obróciła się do Marka i obdarzyła go słodkim uśmiechem. - A teraz Wasza Duża Wysokość wybaczy, ale muszę położyć Jego Małą Wy¬sokość do łóżka.
Przyszedł tutaj, aby uciec od stresu wczorajszego dnia. Wynikła z tego tylko jedna dobra rzecz: załatwił tę sprawę z Lilą. Zostanie oczyszczony z zarzutów zabicia Danny'ego, gdy tylko żona George'a porozmawia z Rudym, a zrobi to, jeżeli chce, aby jej mąż zachował posadę. Fabrykę jednak zamknięto, przez to Huff zrzędził jak wariat. Chris nie mógł znieść napadów złości ojca i nachalnych reporterów, którzy dzwonili do niego co chwila, żądając komentarzy. Odizolował się więc w domku rybackim - ostatnim miejscu, w którym ktokolwiek będzie go szukał. Miejsce gwarantowało mu prywatność, ale straciło wiele ze swego uroku. Kiedyś zwykł spędzać tu miłe wieczory z kolegami, pijąc, wędkując, rozgrywając maratony pokerowe, które trwały przez cały weekend. Wszystkim podobała się prostota i sielskość obozu. Lata mijały, domek się postarzał, Chris zaś dorósł i spoważniał. Chata zaczęła chylić się ku ruinie. Może już czas, żeby ją sprzedać? Z tymi krwawymi plamami na podłodze nie będą się tu dobrze czuć ani on, ani Huff. Może zamiast tego kupią łódź albo domek plażowy. Na przykład w Biloxi, chociaż z drugiej strony Huff nienawidził Missisipi z przyczyn znanych tylko jemu. Miał... Poczuł odór Watkinsa, zanim deski podłogi na ganku zatrzeszczały pod jego ciężarem. Kilka sekund później intruz stanął w drzwiach, otwierając je z hukiem. Chris usiadł sztywno. - Nie ruszaj się, Hoyle. Nie chciałbym cię zabijać od razu. Zanim rozpruję cię od gardła do jaj, mam ci parę rzeczy do powiedzenia. W jednej dłoni Klaps Watkins dzierżył nóż. W drugiej trzymał kilka ubrań, którymi rzucił w Chrisa. Wylądowały na jego kolanach. Chris chwycił jedno z nich i gorączkowo odrzucił daleko od siebie. - Tak, tak - roześmiał się Watkins. - To właśnie wypłynęło z głowy twojego młodszego braciszka. Rozbryzgnęła się jak dynia, która spadła z plandeki ciężarówki. Chris spojrzał na niego gniewnie. - O co chodzi, Hoyle? Jesteś zbyt nadęty, żeby poznać krwawe szczegóły? Trudno, bo i tak zamierzam ci je opowiedzieć. - Watkins oparł nogę o brzeg łóżka, jakby byli starymi przyjaciółmi, którzy właśnie zamierzają uciąć sobie swobodną pogawędkę. - Mały Danny powiedział mi, że masz się z nim tu spotkać. Ostrzegał mnie, że możesz się tu pojawić w każdej chwili, więc powinienem zabrać to, co chcę i zmyć się, nim nadjedziesz i wezwiesz gliny. Boki zrywać, co nie? Myślał, że przyszedłem, żeby was obrabować. - Rozejrzał się z pogardą. - Tak jakbym chciał. To miejsce sprawia, że moja cela więzienna wydaje mi się prawdziwym pałacem. Chris przesunął się nieco bliżej do brzegu łóżka. - Nic z tego - ostrzegł Klaps. - Siedź tu i słuchaj, a jeśli spróbujesz chociażby mrugnąć, wyłupię ci oko czubkiem noża, żebyś więcej tego nie robił. Rozumiesz? - przerwał na chwilę, aby się upewnić, że groźba dotarła do Chrisa i że ten go posłucha. - Na czym to stanąłem? A, tak. Braciszek Danny. Kiedy zdjąłem strzelbę z półki, zaczął się modlić. Muszę ci powiedzieć, że kiedy wetknąłem mu lufę do ust i wreszcie się zamknął, poczułem prawdziwą ulgę. - Umilkł na sekundę i pochylając się lekko do przodu, dodał teatralnym szeptem: - Bum! - Roześmiał się znowu. - Krwawa robota, ale wszystko poszło niemal zbyt łatwo. Nawet ze mną nie walczył. To znaczy, próbował się buntować, ale nie było to nic, czego nie potrafiłbym stłumić lekką groźbą. - Tylko idiota zachowałby te ubrania. Dlaczego się ich nie pozbyłeś? - Chciałem, żebyś zobaczył, jak wygląda krew i mózg Hoyle'ów. No i proszę, co za niespodzianka! Są takie same jak u innych ludzi. - Dlaczego włamałeś się do pokoju Sayre? - Tak też myślałem, że to was zainteresuje - mrugnął i cmoknął ustami. - Ja ze swej strony - Myślałem dokładnie to samo dziś rano, zanim pojawił się Klaps - rzeki Chris. - Nikt z nas nie będzie miał serca przychodzić tu po tym wszystkim. - Zajmiesz się sprzedażą, Beck? - spytał Huff. - Nie chcę mieć więcej do czynienia z tym miejscem. - Załatwię to. - Beck wskazał na pistolet starego. - Co zamierzałeś z tym zrobić? - Nie mogłem się dodzwonić do Chrisa i ostrzec go przed Watkinsem. Chyba trochę spanikowałem, ale jak się okazuje, słusznie. Kiedy tu przyjechałem i zobaczyłem wozy policyjne stłoczone wokół kabiny, przeżyłem kilka chwil istnego piekła. Myślałem, że przybyłem za późno. - Znów zacisnął dłoń na ramieniu Chrisa. - Kiedy pomyślę, co mogło się stać... - Daj spokój, Huff - złajał go łagodnie Chris. - Tylko się nam tu nie rozklejaj. - I odłóż ten pistolet, nim zrobisz komuś krzywdę albo odstrzelisz sobie męskość. - Zrobię to, Beck - zaśmiał się Huff. Pokazał ręką przestrzeń za chatą rybacką. - Musiałem zaparkować na drodze, kawałek stąd. Teraz jadę do fabryki. Musimy zastanowić się wspólnie, jak przerobić inspektorów z OSHA. - Przerobić? - spytał Beck. Huff puścił do niego oczko. - Może staną się bardziej spolegliwi, jeśli rzucimy im kogoś na pożarcie. Kogoś do odstawki. - Ubiegłem cię, Huff - rzekł Chris. Opowiedział im o umowie, jaką zawarł z Lilą. - Teraz już nie muszę oczyszczać swojego imienia z jej pomocą, co nie znaczy, że nie możemy wykorzystać George'a jako kozła ofiarnego. - Doskonale, w takim razie mamy to z głowy - orzekł Huff. - Idziecie ze mną? Chris spojrzał na swoją pokrwawioną pierś i skrzywił się z odrazą. - Przyjadę, jak tylko się umyję. - A ja zostanę z Chrisem, dopóki stąd nie odjedzie - oświadczył Beck. Huff pożegnał ich skinieniem dłoni i zniknął za chatką rybacką. Chris wszedł do środka na kilka minut, żeby zabrać koszulę i buty. - Wczoraj w nocy włożyłem ubranie do szafy - powiedział Beckowi. - Całe szczęście, bo wnętrze wygląda jak rzeźnia, a cuchnie jak targ mięsny. Beck podążył za Chrisem do początku pomostu, gdzie zainstalowano kurek i wąż gumowy, używany zazwyczaj do opłukiwania ryb podczas czyszczenia. Była tam również porcelanowa miska i kilka kostek mydła. Stojąca na brzegu Sayre odwróciła się na głuchy dźwięk ich kroków. - Jeśli nie chcesz zobaczyć, jak wygląda prawdziwy mężczyzna, lepiej zamknij oczy, bo zamierzam się rozebrać - rzucił w jej kierunku Chris. - Jesteś w zastanawiająco radosnym nastroju jak na kogoś, kto właśnie zadźgal człowieka nożem. - Wolałabyś raczej, żeby on zadźgał mnie? Nie, nie odpowiadaj. Mogłabyś zranić moje uczucia. - Jak możesz być tak zblazowany, Chris? Czy nic cię nie wzrusza? Zastanowił się przez moment nad odpowiedzią, po czym wzruszył obojętnie ramionami. - No, niewiele. Sayre spojrzała na niego z odrazą. - Jesteś kanalią, Chris. Zawsze byłeś. - Nie. Jestem ukochanym pierworodnym synem Huffa. Oto kim jestem, byłem i będę. Zawsze cię to bolało, prawda? - Zapewne sycisz tą myślą swoje kolosalne ego, ale bardzo się mylisz. Widząc, że kłótnia rodzeństwa prowadzi donikąd, Beck postanowił dyplomatycznie się wtrącić. - Weź mojego pikapa - powiedział do Sayre. - Ja pojadę z Chrisem do fabryki, na spotkanie z - Spodobałby ci się Uśmiech Zachodzącego Słońca?
rolę odgrywali i inni uczniowie. Podpuszczali głównego podejrzanego lub po prostu się Podhorecki też kładzie przed sobą kartę. musiało go zafascynować. Oto kobieta, która zrobiła to, o czym on fantazjował każdego dnia
Królewska lakoniczność bileciku robiła wrażenie. Ani „czekam”, ani „przybądź”, ani co chciałam jego śmierci. Chciałam, żeby zniknął z powierzchni ziemi. Właśnie po to ukradłam Lew Nikołajewicz uważnie popatrzył na rozmówcę i powiedział z zadumą:
Drzwi między pokojem dziecinnym a sypialnią Tammy były jak zwykle otwarte na oścież. Mark zerknął w stronę łóżka. Było starannie zasiane. Na pobliskim krześle leżała bordowa suknia. W pokoju nie było nikogo. Wyglądało na to, że Tammy przebrała się w swoje ubranie i dokądś poszła... rozbawione: Podczas opowiadania o przeżyciach na planecie Próżnego - Róża chciała o coś zapytać. Zawahała się jednak i po - Jakie? - Rozumiem. Zostało więc dziecko. Henry. Ale co chło¬piec robi w Sydney? - Pani Burchett powinna trzymać język za zębami. Re¬szta służby też! Henry upuścił biszkopcik na dywan i rozpłakał się. Mark gorączkowo zaczął go uspokajać.